O tym jak Toruń zżarł moją filozofię zero waste

Dzień dobry! Tak mi się jeszcze przypomniało z wczoraj jedna rzecz, o której Wam nie powiedziałam, więc zacznę właśnie od tego! 🙂 Będąc w Toruniu przypomniał mi się mój wyjazd do Liverpoolu. Pierwszy raz wtedy Piotr zrobił mi zdjęcie w galerii sztuki i czułam się wtedy najdziwniej, ale wiedziałam, że muszę się przyzwyczajać, bo za kilka miesięcy chcę stworzyć w Internecie swoje małe miejsce o sztuce. Tak bardzo dobrze wspominam tamten wyjazd! ♥ Powoli kończyłam szkołę i w mojej głowie rodził się już tak mocno plan na Ciut więcej (choć wtedy chyba jeszcze bez nazwy). Pamiętam, że w Anglii pojawiłam się zupełnie przypadkiem, a kilka dni wcześniej czytałam sobie w jakimś internetowym magazynie o wystawie w mieście Beatlesów. Ale chciałam tam być! Kiedy nagle dziwnym trafem to się stało czułam się taka wolna i taka szczęśliwa. To nie miało znaczenia, że ta wystawa w ogóle mi się nie podobała. Znaczenie miało to, że jestem na tyle zdecydowana, że umiem przygotować się do wyjazdu w dwa dni i załatwić wszystko w najgorętszym czasie przygotowania do dyplomu tak, aby czterodniowy wyjazd nie spowodował zastoju w obronie. Zdecydowana, że umiem postawić wszystko na jedną kartę i zdecydować: „TAK! Jadę, choć wszyscy mi mówią, że to bardzo nieodpowiedzialne”. To było takie jedno z pierwszych „kontrowersyjnych” TAK w moim życiu. Jak się bałam! Bałam się co powiedzą ludzie, bałam się jak wszystko pójdzie. Ale zaufałam sobie i się udało. No… Polecam Wam zaczynać od małych i głupiutkich rzeczy i kończyć na tak wielkich jak ja! 😀 Może i teraz nie jest to nic wielkiego dla innych, ale na razie dla mnie to szczyt najwyższy. Dobrze wspominać takie rzeczy. Dobrze wspominać je z uśmiechem i w momencie kiedy jestem szczęśliwa. Nie ma przypadków, pamiętacie? Wszystko ma swój cel i nawet takie głupotki prowadzą nas do zbawienia, a tak ziemsko- również do, po prostu, szczęścia. Fajnie mi! Uwierzcie, że jest mi straszne fajnie! ♥ Płaczka jestem od kilku dni, więc pisząc to „fajnie” też mi się łezka szczęścia zakręciła w oku. Boże, jak mi jest FAJNIE! Z Bogiem jest mi fajnie, bez niego tak by nie było. Serio.

Ale przechodzę już do konkretów. Tytuł postu dzisiaj dziwny, ale równe dziwna będzie treść. Dzisiaj nie będę typową blogerką, bo nie powiem Wam jak mi świetnie idzie. Dzisiaj Wam powiem jak bardzo poległam! Jak niesamowicie w Toruniu nie miałam żadnej wygranej z opakowaniami. Piszę to przede wszystkim dlatego, że czułabym się nieuczciwie za kilka dni pisząc Wam jak fajne rzeczy zmieniłam w swoim życiu (bo fakt, zmieniłam) i zataić fakt z jak wieloma opakowaniami wróciłam do domu i jak wiele wyrzuciłam już w Toruniu. Nie ryczę z tego powodu. Może trochę się wkurzam, bo wiem, że wiele razy mogłam powiedzieć: „ej! mam swój woreczek”… ale no. Piszę to po to, żebyście wiedzieli, że to nie jest łatwe i pewnie zdarza się najlepszym- a co dopiero takim początkującym jak ja!

Od lat nie kupuję już pamiątek z wyjazdów. Nie oczekuję ich również od rodziny. Liczę bardziej na mnóstwo opowieści i kilka zdjęć. Moja mama robi również po każdej zagranicznej wycieczce wieczory z regionalnymi produktami i to jest mega świetne super!♥ Więc jedną „minimalistyczną” rzecz wywaliłam ze swojego życia już jakiś czas temu. No aleee…. to jedzenie 😉 Tu robi się problem. Dla mnie jedzenie jest świetną formą pamiątki z innego miejsca. Byłam świadoma, że w Toruniu mój brzuch będzie wypełniany przede wszystkim tymi piernymi ciastkami, więc przygotowałam się. Wzięłam swoje siatki. Chciałam brać tylko te na wagę i…

… i po zameldowaniu się w hotelu rzeczywiście poszliśmy na te pierniki na wagę. Wyjęłam już nawet swój worek… ale Pani była na tyle niemiła, że nie chciałam już robić problemu. Schował swój materiał do torby i przyjęłam pierniki w torebce. I tak na każdym kroku! Bo w muzeum od razu pakowane, bo najpyszniejsze w folii, bo w manufakturze nie można wziąć na wagę, a jedynie pakowane, bo to, bo tamto.

Teraz będąc już w domu tak sobie myślę, że było wiele sytuacji, w których mogłam podsunąć swoje wielorazowe worki, ale… ale wstydziłam się. Co innego jednak wziąć sobie owoce i warzywa bez siatek, a co innego powiedzieć komuś, podczas wykonywania rutynowych działań, „ej, może ja ci dam swoje”. Pisząc to wydaje mi się proste, ale jak już jestem w takiej sytuacji, to nie mam na to JESZCZE tyle odwagi. Jakie to głupie 😀 Ale zachwyca mnie to mimo wszystko! Bo wiem ile można jeszcze zmienić i jak może być fajniej. Bo wciąż mi się to podoba.

Wiecie ile błędów popełniłam? Już nawet nie chodzi o same pierniki. Te ładne (w większości papierowe!) opakowania są również jakąś formą pamiątki (którą oczywiście wyrzuci się po zjedzeniu zawartości), ale no… inna rzecz, że w tych emocjach zapominałam kupować biletów na pociągi przez internet. A to taka prosta rzecz i ta mocno zero waste!♥ Zazwyczaj jeżdżąc na trasie Elbląg- Gdańsk pamiętam o tym, ale tym razem po podróży w moim portfelu znalazły się dwa świstki papieru. Eh. Poza tym nawet takie proste- „dziękuję za cukier w papierowych opakowaniach, nie słodzę”- w ogóle nie myślałam o tym, żeby powiedzieć takie rzeczy 😀 A przecież warto!

Nie wiem jeszcze jak na wyjeździe radzić sobie z biletami wstępu do galerii sztuki, czy wszelkimi mapami, które są potrzebne zaledwie przez jeden dzień.

No i oczywiście WODA! Rano nalewałam wodę do swojego bidonu z wyciskarką (jednak już go nie polecam) i okazało się, że przecieka, więc ze spuszczoną głową musiałam zdecydować się na wodę butelkowaną. I tu mam problem, bo wyjadacze filozofii zero waste mówią o tym, żeby pić wodę z kranu i wlewać ją do bidonów. Mówią o tym, żeby przed zarezerwowaniem hotelu upewnić się, że woda jest zdatna do picia. Ale to dla mnie jeszcze zbytwiele! Nadal wydaje mi się, że kranówa to coś złego :p Więc butelek z wodą wywaliliśmy pewnie z cztery O.o A w restauracji kiedy poprosiłam jedzenie na wynos zapomniałam wziąć z torby swojego pudełka, więc dostałam styropian w papierowej torbie. AAAAAAAAAA! Tak się jaram tym wszystkim w necie, a później w życiu codziennym takie błędy 😀

Tak więc poległam. Najbliższy wyjazd chyba mam dopiero za pół miesiąca. Bilet mam już kupiony w wersji elektronicznej, więc może będzie lepiej? Może właśnie na pierwszy raz miało być najgorzej, żeby później widać było lepsze efekty? 😀

No ale żeby nie było tak tragicznie, to za kilka dni napiszę Wam kilka fajnych sposobów na pozbycie się W ŁADNY SPOSÓB zbędnych opakowań w zaciszu swojego domu. W swoich czterech ścianach czas płynie wolniej, nie stresujemy się, więc jest o wiele łatwiej. Zobaczycie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *