Pierwszy tydzień 7 ciuchów na 30 dni | #TheClosetChallenge

Nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się na dzisiejszy tekst! Okraszony będzie wspaniałymi zdjęciami, które codziennie sumiennie wykonywaliśmy z Piotrem w różnych pięknych miejscach, gdzie akurat się znajdywaliśmy. Pogoda rozpieszczała, co pozwoliło nam na masę spacerów i wspaniałości. Dzisiaj jednak nie o zdjęciach, a o ubraniach. Jeśli nie wiesz o co chodzi zapraszam Cię do mojego filmu, gdzie wszystko tłumaczę 7 CIUCHÓW NA 30 DNI.

7 CIUCHÓW MILION RÓŻNYCH STYLIZACJI?

To absolutnie nie ja! Już po zdjęciach można zobaczyć jedno… w ciągu siedmiu dni nosiłam trzy stylizacje i nie zmieniałam w nich absolutnie nic. Przy wyborze ubrań w ogóle nie zależało mi na tym żeby codziennie wyglądać inaczej. Zależało mi na tym, aby wybrać rzeczy, w których czuję się idealnie każdego dnia. Które są wygodne, przyjemne i przede wszystkim… nie są do prania po jednym razie. Znacie te ciuchy, które po kilku godzinach nadają się do pralki? Kilka takich mam, nie polecam. Natomiast rzeczy, które wybrałam są IDEALNE! A niech dowodem na to będzie moje siedzenie przed laptopem i pisanie tego postu w koszulce, w której z radością śmigam od pięciu dni.

I nie, to nie chodzi o swego rodzaju zaniedbanie. Aktualnie prowadzę tryb życia, który polega na siedzeniu lub spacerowaniu. Mam wolne i spokojne dni. Tak więc nie martwcie się, wszystko ze mną okey. Nie muszę stosować metod wietrzenia ubrań na dworze (co w ogóle nie działa, gdy jest smog- pamiętajcie, żeby nigdy niczego nie wywieszać na balkon… te czasy się skończyły ^^), czy używania większej ilości perfum. 7 ciuchów na 30 dni to ułatwienie, a nie zrobienie z siebie kloszarda.

DOBRE MATERIAŁY 

Gdybyście mnie zapytali dwa lata temu o to czy patrzę na skład ubrań odpowiedziałabym: „A na co to komu?!”. Jeszcze do poprzedniego miesiąca myślałam sobie, że patrzenie na metki to jedynie takie widzimisie dla przyjemności. Jednak ten tydzień pokazał mi że… nic bardziej mylnego! Sukienka, którą widzicie powyżej i poniżej to 100% poliester prawdopodobnie najgorszego sortu. Przy trzecim dniu noszenia jej byłam całkowicie naelektryzowana i czekałam jedynie na powrót do domu i wskoczenie w coś miękkiego i przyjemnego. Pewnie, wygląda idealnie… ale co z tego? Już teraz myślę jak by tu znaleźć tak piękny materiał, ale z dobrego materiału i zlecić komuś uszycie identycznej. Myślę, że to idealny kompromis.

Pewnie, da się ją nosić i noszę ją bardzo często. Jednak nie jest to to samo, co wskoczenie w spódnicę i w zieloną koszulkę, z której do tej pory nie mogę wyjść. Może nie wyglądam w tym aż tak dobrze, ale czuję się rewelacyjnie. A to przecież najważniejsze.

PRANIE

Zastanawiałam się nad tą kwestią najbardziej (Wy również). Kiedy myślałam sobie ile tygodniowo rzeczy wsadzam do kubła z brudnymi ubraniami trochę łapałam się za głowę. Jak to zrobić, gdy mam tylko trzy góry (dwie bluzki i jedną sukienkę)?!

Nie wchodziło w grę zapełnienie kubła, bo ani pościeli ani ręczników nie piorę z ubraniami. Tzn. pościel tak, ale z jasnymi rzeczami, a mój kwiecień wyglądał dość mrocznie. Nie było możliwości dokopać kupki bielizną, bo nie mam jej aż tyle żeby zrobić z tego solidną stertę… a przecież trzy góry prać muszę dosyć często.

Okazało się, że… wyszło w praniu 😉 Sukienkę podrzuciłam mamie przy okazji jej prania po powrocie z miesięcznych wakacji. Reszty jeszcze nie prałam. Jeszcze.

CZY MOGŁABYM MIEĆ TYLKO SIEDEM UBRAŃ?

Zdecydowanie NIE! Choć nie zmieniam w domu ubrań na te domowe, bo doszłam do momentu, w którym wszystko mam luźne i wygodne, a równie często jak w ubraniach chodzę również w udawanych pidżamach, czyli kilku parach spodni dresowo-różnych i bluzkach. Wygląda jakbym mogła wyjść, mogła spać, mogła sprzątać. To dobry kompromis. Więc i teraz, gdy chciałabym zrucić z siebie chociażby poliestrową sukienkę nie ma problemu, jednak czuję brak chociażby bluz dresowych, czy ciepłych swetrów.

Dopiero teraz zauważam jak często sięgam po przyjemne ciepłe ubrania, gdy siedzę w domu. Powiem szczerze, że teraz jest mi trochę zimno. Oczywiście, gdybym marzła wyjęłabym coś czym mogłabym się okryć, nie popadajmy w ideologie… ale nie jest tak źle. Po prostu nie mogłabym tak funkcjonować całe życie. Szafa i więcej elementów niż tylko te najpotrzebniejsze to jednak dobra sprawa 🙂

Nie mówię oczywiście o rzeczach całkowicie po domu, czyli z dziurami czy poplamionymi. Już dawno powywalałam wszystkie tego typu ubrania. Zawsze chcę wyglądać dobrze. Zawsze chcę czuć się komfortowo i to na szczęście może iść w parze! 🙂

MNIEJ CZASU PRZED SZAFĄ, WIĘCEJ CZASU NA ŻYCIE

To nie jest dla mnie jakaś wielka oszczędność czasu, chyba. Nie myślę o tym, że „o wow, teraz mam 30 minut więcej niż zawsze”. Ja bardzo rzadko stałam przed szafą dłużej niż kilka minut, bo ubrań mam coraz mniej- jak mogliście zobaczyć w filmie, w którym pokazywałam szafę. Film powstał w październiku i od tego czasu rzeczy jest jeszcze mniej, więc dla mnie to naprawdę nowa, dobra sytuacja! 🙂

Chodzi jednak nie o czas przy szafie, a o efekt. Ciuchy wybierałam długo, staram się wybrać je rozsądnie, biorąc pod uwagę wszystkie imprezy, które będą w kwietniu, wszystkie wyjazdy, które będę miała, wygodę, wygląd itp. Dziennie wybranie ubrań zajmuje mi 0 sekund. Z racji tego, że wiem co mam już w łóżku mogę poświęcić te 10 sekund na przemyślenie, czy jutro będę wyglądać tak samo, czy może jednak założę coś innego.

Efekt jednak jest wspaniały! Często przeglądałam całą swoją szafę w poszukiwaniu idealnych rzeczy. Rundek po szafie miałam zazwyczaj 3, bo gdy dochodziłam do końca wieszaka okazywało się, że nic mnie nie zadowala… więc brałam coś tak po prostu, bo już nudziło mnie wybieranie i… później cały dzień czułam się jakoś nie tak. Nie mówię, że zawsze tak było. Często wybrane przeze mnie ciuchy są dobre, ale właśnie nie zawsze. Bo często chcę coś fajnego, coś CO RZADKO NOSZĘ, i takie tam.

Teraz tego problemu nie ma. Codziennie czuję się jak na wybiegu. Ej serio. Jakoś tak to odczuwam. Tym bardziej, że Piotr codziennie robi mi zdjęcia jak modelce hahah 😀 Czuję się mega swobodnie, czuję się MEGA SOBĄ- a to w tym wszystkim najważniejsze! Nie wiem czy to kwestia jedynie tych kilku ciuchów, czy rzeczywiście mogłabym z mojej szafy w maju wybrać takie same wspaniałości i się nimi cieszyć.

U mnie problemem jest również historia ubrań. Ale myślę sobie, że może w maju postaram się sprawdzić każdą rzecz, pomyśleć za którymi w ogóle nie tęskniłam (a kilka już takich jest, które tylko czekają na wywalenie, czuję to!), a które są jedyne historią. I z racji tego, że mam miejsce w domu to po prostu wsadzę je w jakąś walizkę i niech leżą, niech będą moją historią, którą będę mogła namacalnie pokazywać moim dzieciom, czy sobie w przyszłości dla wspomnień. Myślę, że to będzie rozsądne.

GDY JEDNAK MAM SIĘ W CO UBRAĆ 😉

To mega uwalniające, gdy wiesz, że 5 rzeczy starcza Ci na tydzień. Nie wyglądasz nudno, czujesz się świetnie i jest to aż nad to! I żaden tam ROK BEZ ZAKUPÓW nie pokazałby mi tak bardzo jak potrzeba mało, bo wejście w slow fashion pokazało mi, że muszę wreszcie zacząć interesować się tym skąd i z czego są ubrania, które wybieram. A wyzwanie, w którym właśnie jestem uświadomiło mi, że mam aż nad to i wystarczy mi zdecydowanie tylko jedna część tego co mam. A kupowanie nawet polskich marek jest niepotrzebną (choć tak kuszącą i piękną) nadwyżką.

No i powiem Wam, że kurcze… fajnie tak mieć mało i mieć się w co ubrać zawsze!

JEDNA SUKIENKA NA KILKA IMPREZ?

I pewnym jest, że przy pierwszym lepszym weselu myślałabym sobie o zakupie nowej sukienki, bo przecież NIE WYPADA iść kolejne wesele w tej samej. KURCZE, GÓWNO PRAWDA!

I pewnie, może mówię tak, bo mam niesamowicie idealne i perfekcyjne i w ogóle sukienki z Tyszerta. Nie wyobrażam sobie życia bez nich, naprawdę! Uwielbiam jakość tych sukienek, kolory, krój, swobodę, wygodę i to jakie robią wrażenie swoją „zwykłością”. W swojej szafie mam miliony sukienek i cieszę się, że je mam. Prawdopodobnie jeszcze kilka kiedyś wleci, bo uwielbiam sukienki, ale nie zagoszczą one w mojej szafie, bo… nie wypada chodzić w jednej zbyt często, bo nie wypada mieć starej sukienki (która wygląda jak nowa). To będzie świadomy zakup, bo już wiem, że…

NAPRAWDĘ WYSTARCZY JEDNA SUKIENKA żeby czuć się wyjątkowo i jeśli odnajdzie się jedną idealną na imprezy i na co dzień to można z niej nie wychodzić. Ważne to dla mnie. Niby oczywiste, ale wiem, że nie do końca właśnie. I pewnie, od maja będę nosić wiele sukienek, bo je mam, bo je uwielbiam, bo nie tylko w jednej czuję się świetnie, bo chce je wykorzystywać. Ale świadomość tego, że ilość którą mam jest aż nad to i MAM SIĘ W CO UBRAĆ jest uzdrawiająca.

Ten tydzień uznaję za udany! Bardzo mądry, z wieloma przemyśleniami, ale też zwykły, łatwy, prosty, po prostu. Ubrania w tym miesiącu na moich kanałach zabierają większą część miejsca, ale na co dzień myślę o nich coraz mniej. Ze względu na to, że ich na sobie nie czuję, że są moją drugą skórą, że czuję się świetnie. Żadne tam tygodniowe, czy miesięczne porządki z wyrzucaniem kolejnych ciuchów, których jednak nie noszę nie oczyściło mojej szafy, a przede wszystkim mojej głowy, jak ten tydzień. Dobre to było! Zobaczymy jak będzie z kolejnym tygodniem.

  1. Zwykle nie czytam blogów, ale na ten wpis musiałam się skusić, bo byłam bardzo ciekawa Twoich przemyśleń odnośnie pierwszego tygodnia wyzwania. I nie zawiodłam się! Będę częściej wpadać na Twojego bloga, Twoja działaność w internecie jest niesamowita, jesteś superpozytywną osobą, w dużej mierze dzięki Tobie mam większą ochotę dostrzegać i doceniać małe rzeczy, właśnie w idei minimalizmu i zero waste. Doceniajmy nasze wspaniałe życia! Pozdrawiam, buziaki i całusy!

      1. Spróbuj sukienek z wiskozy. Poczytaj o tym materiale, naprawdę warto! Sukienki w dowolnych kolorach i wzorach, przyjemne w noszeniu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *