PREMIEROWO czyli co w kinie piszczy #8

Dzień dobry dzień dobry!

Dzisiaj będą tutaj aż dwa tygodnie, ponieważ tydzień temu była jedna premiera, a nie przywykłam mówić o jednej produkcji… tym bardziej nie o tak złej 😉 Mam nadzieję, że wiecie o czym mówię. Więc dzisiaj przychodzę z trzema tytułami. Jednym polskim, jednym dobrym i jednym tragicznym…. Zaciekawiłam? Do dzieła!

THE DISASTER ARTIST

Przyznam bez bicia- nie oglądałam THE ROOM. Nie oglądałam, ale po tym co zobaczyłam wczoraj na dużym ekranie jestem pewna, że swój błąd nadrobię w niedługim czasie. JAKIE TO BYŁO ZABAWNE! Na samym końcu pojawia się porównanie do oryginału i poza praktycznie 100% podobieństwem na pierwszy plan rzuca się sztuczność bohaterów. Ich charakteryzacji. Jednak podczas oglądania uwierzyłam w to w całości. Nie odczuwałam tam nic nieautentycznego. Bohaterowie byli tak przekonujący, że wpadłam bez opamiętania w ten dziwny świat. Czy było warto? Zdecydowanie!

Nie dzieje się tu nic, co byłoby niepotrzebne. Ciśnie mi się na usta, że to nie może być ambitne kino, ale jak można by było z tego zrobić coś mocno ambitnego? 😉 Najważniejsze jest to, że to naprawdę bardzo dobry i śmieszny film, który zbiera bardzo dobre oceny widzów. Czego chcieć więcej? Idźcie do kina 😀

Moja subiektywna ocena: 8/10 jestem na tak!

POMIĘDZY SŁOWAMI

Liczyłam na coś niesamowicie dobrego, tym bardziej, że Paweł (który w swoich ocenach jest chyba dość surowy) ocenił go na filmwebie na 9! Leciałam na skrzydłach na ten film, myślałam, że to będzie naprawdę coś… i już po pierwszej scenie byłam zła, wkurzona i zupełnie zdegustowana. Nie podobał mi się! I choć wstyd mi to przyznać (bo przecież polskie, ambitne kino!) to przez cały film się dusiłam. Ba! Raz nawet wyszłam z sali.

Dusiła mnie czerń i biel. Wkurzałam się na barierę wzrokową, którą postanowił zastosować reżyser. Wkurzało mnie to tym bardziej, że ten film nawet bez tej „nakładki nierealistyczności” był baaaardzo czarno-biały. Wszystkie ubrania, wszystkie wnętrza, wszystko co się liczyło było czarne lub białe… lub szare jak się później okazało. Ta zabawa kolorem (a raczej jego brakiem) mogłaby być przepiękna! I bardzo prawdziwa,  co przez zastosowanie czarno-białego filmu nie zagrało. No cudne to by było! Tym bardziej, że ten czarno-biały był jakiś taki zadymiony, nie było w nim kontrastu i nasycenia. Brakowało mi w nim charakteru (i nie, nie mówcie mi, że tak miało być. Jeśli widz zwraca na coś uwagę i mu to przeszkadza, to nie powinno tak być). Jak przepięknie w kolorowym filmie wypadłby Chyra w swojej szarości wkładany wciąż w białe ramy przez syna! DLACZEGO TO NIE JEST KOLOROWY FILM!?

Jestem zła na ten film również dlatego, że bałam się podczas oglądania tego filmu, że… sama będę takie robić (daj Boże, żebym w ogóle robiła… chyba?). Przepełnione symbolem, nudne, przeambitne i totalnie bez polotu. Czemu się tego tak wystraszyłam? Bo za kilka dni planowałam kręcić czarno-biały film i miałam dylemat czy to dobry pomysł. Teraz już wiem, że byłaby to bardzo zła decyzja 😉

I tak, był przeambitny. We wszystkich najgorszych znaczeniach tego słowa. Tak bardzo się męczyłam! Ta bardzo potrzebowałam oddechu w tym filmie. Zwykłego ludzkiego odruchu! I choć temat był chyba dobry (chyba!) i byli cudowni aktorzy (Chyra i Gierszał- marzenie) to w to nie weszłam, nie poczułam. Wyszłam i nadal nie wiem o co chodziło. Okey- ojciec. syn. emigracja. Tematy cudowne- przyznajcie sami! Jeśli chciałabym się doszukiwać cudów zauważonych w tym filmie, może i bym coś znalazła. Mimo wszystko nie chcę tego robić.

Moja subiektywna ocena: bardzo nie polecam. Nie lubię i choć moja ocena to 5/10 to podczas pisania tego postu spadła do zera 😉 Tak więc- róbcie co chcecie, mnie za zły seans nie wińcie. A jak ktoś był i mu się podobało, to bardzo serdecznie zachęcam do zostawienia komentarza ze swoimi spostrzeżeniami ♥

NOWE OBLICZE GREYA

To był pierwszy raz kiedy poszłam na ten chłam do kina. Pierwszy i ostatni. Poszłam, bo nie musiałam za to płacić. Nie nabiłam im milionów- czuję, że moje sumienie jest czyste 😉 Wytłumaczyłam się, więc jedziemy dalej.

Ten film robi ŹLE! Robi źle na każdej płaszczyźnie! Jednak największą szkodę robi psychice. Wiem, że istnieją ludzie, którzy się pośmieją, zobaczą i im minie… wiem jednak, że są dziewczyny zakochane w Greyu… i trochę się martwię tym faktem. Oglądałam ten film właśnie pod ich kątem. Zastanawiałam się, gdzie będą szukać swojego Greya. Było mi najzwyczajniej w świecie przykro. Było mi przykro, że tyle kobiet przyszło na seans (bo umówmy się, w Światowidzie zazwyczaj nie jest trudno znaleźć miejsca gdzieś wyżej niż dopiero w drugim rzędzie, jak w tym przypadku), że tyle kobiet przyprowadziło tych biednych mężczyzn na film, w którym są zakochane. Do końca miałam jednak nadzieję, że wszyscy są w tej sali dla śmiechu. Tak jedna nie było 😉

Czemu ten film robi źle? Bo to totalne dno! Ja już nie mówię o tym, że to miał być niesamowicie erotyczny film, a erotyzmu tu nie ma wcale. Okey. Nawet lepiej. Ale żeby w taki sposób przedstawić zakochanych? MAŁŻEŃSTWO?! Wieczne tajemnice, kłamstwa, strasz… zero bliskości- tylko seks. To chyba idealny obraz dzisiejszego świata, prawda? I jak bardzo zawsze dziwią mnie słowa: „ej, serio. Weź ślub z przyjacielem, warto spędzić życie z kimś kogo lubisz i z kim lubisz rozmawiać”- dziwią mnie, bo są dla mnie oczywiste- o tyle po tym filmie, że mówienie tak wielkich banałów ma sens! Matko! Gdyby mój mąż mówił mi takie rzeczy to już dawno bym od niego odeszła!

Nie wiem kim w tym filmie miała być Anastazja. Niewątpliwie była największym koszmarem kobiety, którą nigdy nie chciałabym być. To podwładne bycie grzeczną, nawet w swoich foszkach i robieniu na przekór. To nawet nie było śmieszne. To było straszne! I ten Grey, który ma przecież ogromne problemy z sobą, ze swoją przeszłością i z tym co robi… jak ktoś taki może być ideałem kobiet na całym świecie. Matko, trochę się boję.

Ten film był w 100% nierealny. W STU PROCENTACH. Nie mogłam uwierzyć w żadną sekundę tego filmu. Tak się po prostu nie dzieje. I okey, w poprzednich częściach pewnie też tak było. Oglądałam je w domu i w połowie już nie mogłam wytrzymać, więc odwracałam wzrok. Tu- byłam w kinie, oglądałam tą całą tragedię na dużym ekranie w ciemnej sali i… jestem przerażona. Bo to źle robi na… na same relacje w związkach, na seks w małżeństwie i bez niego. To robi źle na te wszystkie smutne kobiety, które na to idą. To robi źle na te wszystkie dzieciaki, które to oglądają. MATKO, JAKIE TO JEST ZŁE! Już pal licho tę historię zupełnie nietrzymającą się kupy. Zwróćmy uwagę na stronę psychologiczną. Straszne.

A film nie jest nudny, bo wciąż się coś dzieje. Wciąż zdarzają się rzeczy, które w ogóle nie mają racji bytu, ani nie są związane z całym filmem. Znajdujemy tam również mnóstwo dobrej muzyki. Więc nie, nie jest nudno. Ale zdecydowanie nie jest dobrze. Tam nic nie jest realistyczne, nic nie jest dobre, nic nie wskazuje na to, że ten film kocha tyle ludzi 😮

Moja subiektywna ocena:2/10- czemu aż tak wysoko? Bo dobra muzyka… i no nie wiem. To był całkiem dobrze nagrany film, niektórzy ludzie pewnie wiedzieli co robić. Taaaak… Moja opinia? Jeśli jesteś w stałym, szczęśliwym związku i chcesz się na tym filmie pośmiać- idź. Choć tam jest więcej absurdu niż śmiania, ale ok. Chcesz- idź. Jeśli natomiast szukasz w kinie idealnej miłości- to szukaj w innych tytułach. Ta miłość, choć w cukierkowej otoczce, jest najgorszym co mogłoby się przydarzyć komukolwiek! Naprawdę. Nie chcijcie (?) tak. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *