Rzeczy, których nie wyrzuciłem- książka Marcina Wichy

W ostatnim poście z rewelacyjną książką Marcina wspominałam Wam, że zamówiłam również drugą. Zbierałam się do niej jakiś czas, będąc w trakcie czytania było jeszcze gorzej. Wlokła się za mną i wlokła. Chyba taki mam właśnie sposób na tego Marcina. Najpierw podchodzę z nieziemką ekscytacją, później mnie to wszystko boli, aż wreszcie postanawiam raz na zawsze z tym skończyć. Siadam wtedy na fotelu, postanawiam, że to będzie właśnie ten dzień, w którym przeczytam ostatnie słowo zapisane na końcowej stronie i… wtedy zakochuję się bez pamięci. Trudna ta relacja, ale jakie piękne owoce!

Rzeczy, których nie wyrzuciłem to książka do której przekonałam się w którymś z filmów Radzki. Ten kto śledzi mnie na Instagramie i ogląda moje relacje wie jak bardzo pokochałam tę kobietę na spotkaniu w Gdyni. Od tego momentu ufam jej w wielu kwestiach. Tak też było z tym wyborem. Zachwalała, zmotywowała mnie do zakupy- więc mam. A tak a propos, planuję w głowie posty o moich ludziach internetu. Bądźcie czujni 😉

Choć historia jest trudna, bo Marcin radzi sobie z porządkowaniem domu po zmarłej mamie (a z własnego doświadczenia wiem, że od porządkowania domu po zmarłym uciekam jak od ognia). Mnóstwo osób mówi, że to nie jest ciężka książka, że wbrew pozorom jest to naprawdę przyjemne. Pukałam się w głowę i myślałam sobie, że oszukują! Aż sama nie zabrałam się za jej czytanie. Jeśli spotkaliście się już z pierwszym dziełem Wichy (a polecam to zrobić na początku Waszej podróży z Marcinem), to mniej więcej znacie jego poczucie humoru, perfekcyjne prowadzenie historii, anegdot i własnych przemyśleń. Tu jest bardzo podobnie i choć nie zrobiłam żadnemu fragmentowi zdjęcia z bólu brzucha od śmiechu- to tu też jest śmiesznie. Serio! Nikt jednak nie oszukiwał.

Gdybym teraz miała powiedzieć co miała na celu ta książka i co wniosła w moje życie, to odpowiedź jest prosta- nie wiem. Jest to dla mnie wybitny pamiętnik, spisanie wspomnień mężczyzny, który po stracie matki porządkuje jej dom, bo przecież ktoś to musi zrobić. I ta forma i jedyny cel wystarczają mi do tego, aby polecić tę pozycję. Tak po prostu.

Nie wyniosłam z niej tyle niesamowitości jak z pierwszego tytułu i teraz pisząc o niej nie wiem jak mogłabym wypełnić ten post. Ale chyba nie muszę tego robić. Mój blog to swego rodzaju czerwony guzik przy niektórych rzeczach. Zapalam go, a później sami musicie zdecydować co z tym zrobicie. Ja polecam!!! Ale jak macie w portfelu mamonę tylko na jedną książkę, to polecam pierwszą o wiele wiele bardziej!!;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *