Frida Kahlo & Diego Rivera POLSKI KONTEKST

Wow! Jestem już w domu i jutro też będę. Bardzo się cieszę. Cieszę się również z tych wyjazdów, to był bardzo dobry czas. BARDZO. Dzisiejszy dzień był takim początkiem dobrego. Ponieważ ten rok będzie wybitny. Już jest. To był mój pierwszy (w tym roku szkolnym/ akademickim) wyjazd na wystawę. Na coś, co gdybym chodziła do szkoły nie miałabym czasu.

To wystawa, którą po prostu musiałam zobaczyć. Rzadko mam tak, że udaje mi się coś „facebookowego” doprowadzić do prawdziwego wydarzenia- ale ten rok miał być inny. Utwierdzam się, że będzie! I zobaczycie to wszystko na moim blogu.

Frida Kahlo & Diego Rivera POLSKI KONTEKST to zbiór prac wspaniałej Fridy oraz jej partnera Diego. Na samym początku… w sumie aż do wejścia na wystawę- myślałam, że to będą prace jedynie Kohlo, ale bez problemu zaakceptowałam prace dwóch artystów. Tylko do tego doszedł jeszcze ten nieszczęsny kontekst i nagle zrobiło się tego wszystkiego za wiele.

Moim zdaniem to wystawa przegadana i mocno nieproporcjonalna w ważności dzieł. Nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli tylko ktokolwiek sławny z zagranicy posiada dalekie, dalekie korzenie polskie to już jest naszym rodakiem 😉 No taki mamy klimat, tak lubimy mówić. Nic na to nie poradzimy. Tylko czy w tym wypadku było to konieczne?

Usprawiedliwiam to wszystko tym, że był pomysł, że nie powieszono tylko prac i nie zebrali za to hajsu… a z drugiej strony w głowie mi huczy od słowa „tylko”. Jak to TYLKO?! A czy do galerii sztuki nie przychodzi się po to by oglądać obrazy. Ludzie (ja) potrafią przejechać cały kraj tylko po to żeby zobaczyć kilka dzieł sztuki, które znane są jedynie z internetu. Gdzie jak wiemy kopie są marne. Pamiętam jak byłam we Wrocławiu na wystawie fotografii Beksińskiego. Zdjęcia zajmowały jedną małą salę. Było ich mało, racja, ale z drugiej strony zachwycało mnie wszystko, a na sam koniec- po prostu wyszłam z galerii i mogłam nadal pamiętać o samych znakomitościach.

Tutaj tego zabrakło. Ogromna przestrzeń wystawiennicza, której powierzchowne przejście zajmuje mniej więcej godzinę, na wstępie bombarduje nas ogromnymi ścianami z historią związku Fridy i Diego. W środku znajdują się żółte ściany (w tym wypadku żółty nastrajał na iście meksykański klimat! ♥I tak… meksyk kojarzy się z pomarańczem, ale wyobrażacie sobie ciemne tła do obrazów?) trochę multimedialnych zapisków dokumentalnych, trochę tekstu o historii dwójki artystów i przede wszystkim prace! Na wstępie Diego. Jak dla mnie artysta marny, ale to może podświadomie byłam nastawiona na prace innego twórcy i negowałam? Możliwe, ale przyjmujmy też otwarcie to, że czasem najzwyczajniej w świecie możemy czegoś nie lubić. Coś nam się może nie podobać. Galerie sztuki są jakimś wyznacznikiem dzieła, ale nie każde dzieło musi skradać nasze serca. Prawda?

Znanych i lubianych obrazów Fridy jest znikoma ilość. Nie podam Wam liczby, ale myślę, że pokazałabym je na palcach jednej ręki. Reszta to szkice, inne prace, kolaże, czy fotografie malarki wykonane przez znanych fotografów. Te zdjęcia były dla mnie oczywiście genialne, ponieważ lubię dobrą kompozycję, a tu było dobrze 😀 Poza tym z dodatkiem tekstu można było wyczytać z tych zdjęć naprawdę wiele i w pewien sposób poznać tą naszą tajemniczą Kahlo.

I na tym wystawa mogłaby się zakończyć. To znaczy- mogłaby i byłabym zadowolona może w połowie. No bo gdzie te wszystkie prace, które tak bardzo chciałam zobaczyć? Za mało! Za mało! Robienie tak wielkiego wydarzenia z prac Fridy w Polsce chyba jest wystarczającym powodem ku temu, aby na wystawie znalazło się więcej dzieł, które nie byłyby skryte gdzieś w cieniu Diego. Szkoda. Rozumiem, że to koszta, że problem, bo to dzieła bla bla bla- ale czy musi mnie to interesować w momencie kiedy jestem tylko szarym uczestnikiem? Niekoniecznie.

No ale jest jeszcze jedna część. Ta poświęcona na kontekst. Cóż tam się nie dzieje, ludzie kochani! WSZYSTKO TAM JEST! I to wcale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Mnóstwo fotografii i obrazów- wszystkie przedstawiające meksykanów, Fridę, Diego i ich polskich przyjaciół- bo jakżeby inaczej. Dla mnie największym nieporozumieniem była CAŁA SALA poświęcona dla POLSKIEJ uczennicy Fridy. Wiemy dlaczego się tam znalazła, prawda? Bo POLKA! Z LUBLINA! Ah….

Podsumowując ten mój cały wywód. Czy warto? Każda wystawa jest warta zachodu. Tu jest niedosyt prac Fridy, przesyt kontekstu i szału nie ma. Jednak (może jestem dziwna) cieszę się, że dla tych kilku portretów kobiety z jedną brwią pojawiłam się w Poznaniu 😉 A! No i dla wszystkich, którzy boją się pierwszofalowego tłumu- ludzie są, jest ich sporo, ale spokojnie da się to przeżyć i obejrzeć prace. Ja zdecydowanie polecam pierwsze terminy, bo zwlekanie i przekładanie często prowadzi do zapomnienia, niestety 🙁 Wystawa czynna do 21 stycznia 2018 r. w CK Zamek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *