Krynica Morska z Piotrem i z Bogiem!

Wakacjuję! Jest mi z tym niesamowicie dobrze. Dzisiaj zaczęłam cykl swoich prawdziwych, wakacyjnych wyjazdów. Późno co? Tak to już jest kiedy wymyślisz sobie bloga w wakacje i nie umiesz dojść do poziomu 0- w którym potrafisz łączyć ze sobą wszystko i robić wszystko na pełnej petardzie 😀 Czy żałuję? Zdecydowanie nie!

Dzisiaj na trzy tygodnie pojawiłam się w Krynicy Morskiej. To już moje któreś z kolei podejście do tego miejsca w tym roku. Jednak pierwsze tak spokojne i pełne luzu. Wystarczył mi spacer po sklepikach żeby zrozumieć jak bardzo potrzebuję teraz śmiać się z najgłupszych i najtańszych chińskich rzeczy. Tak po prostu 😀 Bez zbędnego nadmuchiwania rzeczywistości.

Oczekuję od pogody wiele, ale jeśli się nie uda, to zabrałam z sobą całą siatkę książek (serio!) i mam nadzieję, że tym razem uda nam się wstawać o 9 i mieć długie dnie… ostatnio było z tym nie najlepiej. Też tak macie, że uwielbiacie spać, a później żałujecie, że macie taki krótki dzień? Eh. Cała prawda o moim  życiu w jednym zdaniu! 😀

Ostatnio w moim sercu znalazło się jeszcze więcej miejsca na miłość do Boga. Zaskakujące to dla mnie, bo wydawało mi się, że więcej tam już znaleźć nie można. Z każdym dniem tak naprawdę to wszystko wzrasta, ale w pewnym momencie są kumulacje. Ja właśnie jedną z nich przechodzę. Kolejną w te wakacje! Tym ich więcej im więcej myślenia o samej Miłości. MIŁOŚCI, bo z roku na rok, krok za krokiem udaje mi się pomału wkraczać na tę drogę, na której nie ma zasad. Nie ma zakazów i nakazów- a jest miłość. Oczywiście, gdy kochamy pojawiają się w nas automatyczne zahamowania… jednak są nasze i nie bolą 😉

Bóg ostatnio stawia na mojej drodze tylko dobre rzeczy. Dobrych ludzi. Dobro samo w sobie. Mam rok „nic nie robienia”, a czeka mnie tak wiele, że sama nie mogę wyjść z podziwu. Przecież nie proszę o to. To po prostu wpada mi pod nogi. Jak łatwo i jak pięknie to zaakceptować ♥ I tak sobie myślę, że czas nad morzem, nad tym ogromem wód i nieznanym jest takie ważne i przełomowe. Tutaj mam czas odpocząć, przemyśleć, pomedytować i pomodlić się. Dzisiaj niedziela. To dobry start!

No właśnie… niedziela. Ten dzień nigdy nie był dla mnie szczególniejszym dniem. Był kościół. Godzina z Jezusem w oficjalnych murach Kościoła. Piękne stroje, fryzury i makijaże. I chociaż kiedyś rzeczywiście przywiązywałam do tego uwagę, to teraz zupełnie jest mi to obojętne. W momencie kiedy zaczęło mi przeszkadzać wybieranie niewygodnych, ale ładnych ciuchów i chodzenie w obcasach, które krępują moją godzinę z Jezusem uznałam, że przestaję słuchać księży i nawet jeśli w klapkach wparowuje do kościoła, to tylko dlatego, że właśnie w nich czuję się najbardziej komfortowo. Był to dla mnie duży krok w mojej wierze. Tylko dla mnie to jakoś wciąż za mało.

Nie celebruję niedzieli. Chociaż bardzo bym chciała. Wciąż żyję przyszłością. Dziećmi, mężem, wspólnymi spacerami i śniadaniami z twarożkiem i szczypiorkiem. Mszą świętą, lodami i kwiatami we włosach. A przecież to błąd! Jesteśmy TU I TERAZ. Jeszcze nie dorosłam do uświęcenia niedzieli, ale nie od razu Kraków zbudowano. Cieszę się, że już tak mocno zauważam tę tęsknotę za uroczystym dniem nic nie robienia. Przecież niedziela to nie tylko Msza Święta, choć jest w tym wszystkim najważniejsza. Brakuje mi w tym jednak otoczki świętowania. Z rodziną. Z samą sobą. Chciałabym żeby nie strój a dusza ozdabiała mnie w ten dzień jeszcze bardziej. Tak mi się marzy 😀

Jestem ciekawa Waszych niedziel. Macie jakieś wskazówki? 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *