Festiwal dla twórców internetowych – See Bloggers

Hejka! 🙂

Mam dwadzieścia lat i pomału uczę się siebie. Uczę się tego, że nie wszystko co podoba się innym musi podobać się również mi. Uczę się tego, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, że mogę pozwolić sobie na błędy, mogę powiedzieć sobie, że tego czegoś nie chcę, chociaż chcą tego wszyscy inny. Trudne to. Bardzo czasami jest to trudne i często rozczarowujące. Nauczyłam się siebie wczoraj i było mi trudno.

See bloggers. Nie spodziewałam się, że festiwal przeznaczony dla twórców internetowych wywoła we mnie takie emocje. Jednak żeby nie wprowadzać w Waszych głowach chaosu- powiem Wam wszystko od początku! 😀 Tak więc zapraszam na dzisiejszy post. Myślę, że będzie ciekawy- dla mnie będzie! 🙂

Chyba w maju dowiedziałam się, że taki festiwal w ogóle istnieje, miałam już wtedy oczywiście w planach Ciutwięcej i myślałam sobie, że to będzie idealny początek tego mojego „poważnego blogowania”. Jestem osobą, która w szkole nie przykładała się do niczego. Jakiekolwiek pisanie w zeszytach było dla mnie śmieszne i najbardziej lubiłam na lekcjach po prostu spać… ale jeśli jest coś dla mnie istotne (mój zeszyt z historii sztuki pękach w szwach. Nawet podkreślałam tematy na kolorowo jak w podstawówce!) to jestem przygotowana i spragniona informacji. Jest tak zawsze. Uwielbiam notować wszystko, co w przyszłości może mi się przydać. W myślach miałam wizje rewelacyjnych wykładów, z których wrócę z głową pełną pomysłów… ale okazało się, że z niczego nie wrócę, bo nawet nie pojadę. Fioletowe-serce dwa razy się nie dostało! Uznałam to za tak okropny start w moim nowym blogowaniu, że trochę się załamałam… no bo skoro po sześciu latach nie przyjmują mnie do swojej 1700 osobowej grupy, to serio muszę być słaba. Zapomniałam, stworzyłam bloga i okazało się, że jest świetnie!♥ I żeby tego było mało niecały tydzień temu moja rozmowa z AgaMaSmaka skończyła się na wysłaniu ponownego maila- wieczorem przed początkiem festiwalu dostałam informację, że jestem mile widziana. A jednak! 😀 Po imprezie do białego rana i trzygodzinnej nocy- wstałam! bo wiedziałam, że warto. Pojechałam do Gdyni (mojego przyszłego miejsca zamieszkania) bez obiecanego biletu czekającego na mnie na skrzynce mailowej, totalnie bez niczego! Źle się czułam, umierałam wręcz, ale byłam tak niesamowicie szczęśliwa! Niczego więcej nie potrzebowałam. Do czasu…

Było piękne słońce, wszystko było piękne. Całe to miejsce, mnóstwo leżaków, rośliny, hamaki, woda, jabłka… później zaczęły się panele dyskusyjne i jak myślałam wykłady. Uwierzcie, że moje spędzone tam ponad osiem godzin do niczego mi się nie przydały. Może jestem dziwna- na pewno jestem- ale dla mnie spotkanie osoby z internetu nie jest niczym spektakularnym, to nie robi mi dnia. Nie robi mi to nawet, kiedy spotykam Kasię Nosowską- a ona jest moim odwiecznym guru, więc chyba rozumiecie powagę moich słów. Nie piszczę widząc znane osoby i nigdy przenigdy nie potrzebuję robić sobie z nimi zdjęć. Kiedyś tak- kiedyś zdjęcie mi wystarczało, kiedyś wystarczał mi nawet autograf, który zdobyła z moim imieniem moja koleżanka dla mnie… jakbym tylko ja nazywała się Karolina. Piotr wciąż pisał do mnie: „no i kogo teraz widzisz? Jest ktoś znany?”- pisałam, bo zauważałam… ale lekko szybsze picie serca spowodowało u mnie zobaczenie jedynie Justyny z kanału 10 minut spokoju i Moniki i Marcina z Początku wieczności. Niby chciałam podejść, pogadać… ale o czym? To tam znalazłam się pierwszy raz w życiu w aż tak dziwnej, nienaturalnej sytuacji. To nie byli ludzie z telewizji, tylko z Youtube, czyli miejsca, w którym dzielą się jakąś tam swoją intymnością. Podejście do kogokolwiek kogo znam ja, a on mnie nie było dla mnie tak dziwne, że chociaż moje serce rwało się żeby z nimi pogadać… to później totalnie nie wiedziałam o czym miałabym z nimi gadać, więc to bycie z nimi nie było dla mnie fajne, było dla mnie piorunująco dziwnym doświadczeniem. A wykłady/ dyskusje? Były przyjemne, ale nic nie wniosły. Niektóre zniesmaczyły. Łukasz Jakóbiak- osoba, której nie trawię na swoją godzinę na scenie postanowił zrobić autoreklamę, opowiedział o sobie wszystko, o swoim programie… ale co to miało być dla nas? Dla mnie było niczym. Totalnie niczym. Jedyną pozytywną godziną była dla mnie Radzka, która zrobiła rewelacyjną (REWELACYJNĄ!) prezentację o początkach na Youtube, dała świetne wskazówki! Naprawdę… tylko ja nie jestem Youtuberką, ale niewątpliwie innym się przydało! Było kilka rzeczy fajnych, dobrych chwil. Była Ania Skura, która jest tak fantastyczną osobą, że chociaż nie mówiła dla mnie nic wartego zapisania, to mówiła wszystko w taki sposób, że mogłabym przyjechać i słuchać tylko jej! CUDO! Od jutra czytam jej bloga i obserwuję Instagrama- polecam zrobić to samo 😀 Było coś o czystości reklamy w blogosferze- świetny temat, ale zupełnie nie wykorzystany! Były też firmy do których można było podejść i nawiązać współpracę, ale wydawało mi się to tak szalenie nienaturalne i okropne dla mnie i moich czytelników, że nie zrobiłam tego ani razu. O 21 była impreza dla wszystkich nas i ja w doborowym towarzystwie poduszki spędziłam ją w gdańskim łóżku- bo wybrałam siebie, bo przestałam się oszukiwać, że skoro wszyscy mówią, że tu jest świetnie to na pewno jest.

Co zrobiłam w niedzielę? Znowu wybrałam siebie. Nie pojechałam na drugi dzień See bloggers, bo nie chciałam. Po prostu. Chociaż powinnam być wdzięczna, że przecież cudem się tam dostałam, że wiele chciało, a nie mogło. Nie wybrałam obowiązku i tego co powinnam- wybrałam to co było dla mnie dobre! To było trudne. Trudno było tak po prostu to olać, ale kiedy przypominałam sobie swoje emocje z dnia poprzedniego było łatwiej! :p Tym łatwiej było, kiedy przypomniałam sobie, że dzisiaj o 17.00 w Elblągu jest Forma walk- wtedy biegłam do autobusu jak na skrzydłach hahahahhaa. Niczego nie straciłam, a jeszcze tyle zaraz zyskam! ♥

Festiwal dla twórców internetowych - See Bloggers Gdynia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *