Gdzie poszłaś na studia? ZAMKNIJ SIĘ! – czyli moje gap year 2017! :D

Tak ogólnie to tylko sobie leżę w łóżku i odpoczywam…

Brzmi absurdalnie? Nie dla wszystkich, bo niektórzy właśnie tak wyobrażają sobie moje dwanaście najbliższych miesięcy. A skoro mam swoje małe doświadczenie w kwestii podjęcia najdziwniejszej decyzji w moim w życiu (i z całą pewnością najodważniejszej o dziwo) to chciałabym się z Wami podzielić. Bo może jesteście w klasie maturalnej, może kończycie studia, albo robicie coś zupełnie innego i trochę Wam się nie podoba Wasze życie. A nóż może ten post coś Wam powie fajnego! 😉

Zaczniemy od początku i skończymy aż na dniu dzisiejszym, czyli przeprowadzę Was przed moją lawinę myśli, które rodziły się już w połowie trzeciej klasy liceum, czyli prawie dwa lata temu. To będzie długi post, to będzie również ważny post. Taką mam w głowie nadzieję, że każdy to przeczyta i moje kolejne miesiące będą już lepsze.

W połowie trzeciej klasy zachorowałam. To był początek roku 2016 i jak sobie teraz o tym pomyślę, to wydaje mi się, że wcale takiej sytuacji nie było, że teraz sobie wyolbrzymiam i zmyślam. No ale tak jednak nie było. Fakty mówią same za siebie. Przeleżałam/ przesiedziałam w łóżku/ w domu kilka miesięcy. Odwiedziłam wszystkich możliwych specjalistów, szpitale i inne tego rodzaju placówki. Każda osoba mówiła co innego, a ja najnormalniej w świecie nie mogłam utrzymać się na nogach. I kiedy już myślałam sobie: „nie udawaj, przecież już dobrze się czujesz” postanawiałam wracać do świata żywych i… szybko z niego wracałam. Przez pół roku miałam miliard diagnoz, a to zapalenie ucha, a to alergia, a to dziwna infekcja. Itp. Każdy kolejny specjalista obalał poprzednią diagnozę, a portfel mojej mamy mógł jedynie powiedzieć: „kurwa! znowu trzeba było zapłacić za leki, które wcale nie były potrzebne”. I tak oto brałam antybiotyk, który wcale nie był mi potrzebny. Brałam kilka tabletek dziennie na alergię, której wcale nie miałam i wiele wiele innych….

To jednak nie brzmi tak groźnie. Jednak najgorsze miało się dopiero zacząć. W pewnym momencie wykryto, że coś jest nie tak i skierowano mnie na badania czy przypadkiem nie mam guza mózgu czy innego świństwa w mózgu. I to był mój koniec! Bo jeśli lekarz mówi Ci, że coś jest z Twoją głową nie tak, to jeśli jesteś mną załamujesz się już w pierwszej sekundzie. I załamałam się, przepłakała, przeleżałam w łóżku i modliłam się. Bałam się jak nigdy wcześniej BOŻE! nawet teraz napływają mi do oczy łzy, bo to bym najgorszy okres w moim życiu.

Wtedy jednak poznałam ludzi z mojego otoczenia. Nikt nigdy nie zrozumie jak się czułam (choć pewnie moja mama jest temu bliska, bo widziała to wszystko z odległości jednego korytarza). Nagle rodzina dzwoniła z takim bólem w głosie i kiedy chcieli mnie pocieszyć to nic nie dawało, bo wiedziałam, że się boją. Kiedy mój chłopak chciał wracać do Polski, choć w innych rozmowach nigdy nie podejmował tego tematu. To wszystko pokazywało mi jak bardzo się starają, ale jak bardzo sprawa jest poważna.

Najgorsza w tym wszystkim była jednak szkoła. Nie chodziłam do niej, bo nie miałam siły. A jeśli już się zmusiłam, to musiałam wracać do domu. Jednak najbardziej dotknęła mnie rozmowa z władzą szkoły, gdzie czekając na wyniki, będąc zrospaczoną swoim stanem zdrowia oni jedynie zastanawiali się kiedy wrócę do szkoły! BOŻE RATUJ! I kiedy czasem zmuszałam się do pójścia gdzieś do ludzi- później w szkole słyszałam: „no tak, do szkoły nie chodzić, na imprezy (impreza na siedzącą patrząc jak moi znajomi malowali obrazy, gdzie czułam się źle, ale chciałam być z nimi) od razu! Jesteś Karolino niewiarygodna”. Najgorsza była jednak matematyka, której po prostu nie zdałam. I gdzie w dwa wakacyjne miesiące mogłabym spożytkować czas na cokolwiek innego- musiałam brać korki codziennie po dwie godziny, dokładając naukę indywidualną. Bo przecież w takiej sytuacji nie można było przepuścić mnie warunkowo 😉 I co? Nauczyło mnie to tyle pokory! Zawsze wydawało mi się, że ludzie, którzy nie zdają klasy i mają w sierpniu poprawę są już skończeni. Aż ja znalazłam się na ich miejscu i  zdałam test na prawie 100%. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że są różne sytuacje, a niezdana matura, czy rok nie oznaczają jedynie pustki w głowie.

Do teraz nie wiadomo co mi było, ale uwierzcie- swoje wyleżałam. Nie dlatego nie poszłam na studia 😉

Czwarta klasa to matura i dyplom. Dyplom, który zeżarł mi całą energię, ale z którego jestem cholernie dumna i mogłabym się nim chwalić na okrągło (a może niedługo nawet zrobię to na większą skalę, ale Ciiii!)- jednak to nie on zadecydował o mojej przerwie. Pół roku wakacji to zdecydowanie wystarczający czas na odpoczynek :p Tylko, że w czasie dyplomu powinnam robić również filmy na moją wymarzoną filmówkę. I właśnie wtedy pojawiło się pytanie: czy robisz dyplom tak żeby go tylko zrobić i filmy żeby tylko były, czy skupiasz się na jednym? Wybrałam to drugie i nie żałuję!

Tak, przez to mam teraz rok przerwy między nauką, bo zdecydowałam, że chcę zrobić naprawdę dobre rzeczy! Marzę o tym, żeby dostać się na filmówkę i chcę wykorzystać każdą chwilkę na jeżdżenie na konsultacje, pisanie scenariuszów, esejów, robienia potrzebnych zdjęć i całej tej kosmicznej teczki. Potrzebuję na to jednak czasu i rok, w którym nie muszę angażować się w naukę matematyki, anatomii, czy angielskiego (czy miliona innych) jest dla mnie bardzo komfortowe.

To nie znaczy oczywiście, że teraz przez dziesięć miesięcy nie będę wychodzić z domu i będę robić tylko filmy, bo jakoś muszę odpracować ten stracony czas. NIE!

Po pierwsze- jaki stracony czas?! Dla mnie szkoła i edukacja to ważny obszar życia jedynie dlatego, że mogę się rozwijać… ale to nie jedyne pole rozwoju. Bardzo często słyszę słowa: „jak się ma dużo czasu, to się nagle go nie ma wcale… e pewnie na nic teraz nie masz czasu, co?”. No nie mam, ale to dlatego, że mam dni wypełnione po brzegi. Zawsze starałam się tak działać. Czasami jest to dzień wypełniony odpoczynkiem- bo takie też muszą być! Czasami dzień poświęcony rodzinie i takie muszą być w moim życiu przede wszystkim. Jednak większość czasu wypełniam podróżami, spędzaniem czasu w galeriach, ze sztuką, na czytaniu książek, oglądaniu filmów, jeżdżeniu na wykłady o filmie (o tym za kilka dni) i przygotowywaniu się do szkoły na za rok.

Po drugie- zmieniłam się. Jak wspominałam wyżej: to była moja najtrudniejsza decyzja w życiu. Podjęłam ją, ale myślałam o tym ponad pół roku bardzo intensywnie. Rozmawiałam z ważnymi dla mnie osobami, z moim spowiednikiem, z chłopakiem i bratem, którzy w tej kwestii byli dla mnie dużym głosem rozsądku i tak! Zdecydowałam, że nie idę. To ciągnie za sobą teraz konsekwencje. Piękne konsekwencje. Uczę się, że moje życie jest MOJE. Nigdy nie podpasuję wszystkim, ale to ja mam być szczęśliwa i robić to co kocham. Jeśli teraz jestem w na tyle dobrej sytuacji, że nie muszę ani pracować ani się uczyć w szkole i chcę t wykorzystać- to to jest moje! I dzięki temu uczę się, że nie pójście na studia nie skreśla człowieka z listy dobrych i mądrych, że wyjazd z Elbląga nie oznacza, że ktoś jest lepszy i najważniejsze- że jeśli za rok nie dostanę się na filmówkę, to tak się może stać i mogę próbować w następnym roku i przez kolejne dwadzieścia lat. Bo życie to nie szkoła, to nie oceny, to nie „szczere” rozmowy z nauczycielami, którzy chcą tylko twojego dobra. Taka się czuję teraz wolna i taka szczęśliwa!

Właśnie tego potrzebowałam- wolności i szczęścia. Mam tą przyjemność poznania łaski Bożej. Przez lata zakumplowałam się z Jezusem i pokochałam go na tyle, że wiem kto mnie umacnia. Wiem, że nie oceny, nie to czy pójdę do szkoły jest ważne- a to czy będę miała czas poświęcić w ciągu dnia dwie godziny na rozmowę z Nim. Na czytanie Pisma Świętego. I tak, brzmi to pewnie głupio dla tych, którzy jeszcze nie poznali. A dla mnie? Dla mnie to piękne doświadczenie zrezygnowania z czegoś co było dla mnie tak istotne- bo od zawsze najbardziej cieszy mnie jeśli ktoś widzi we mnie mądrą osobę. Teraz tych sytuacji jest mniej, bo… jak mogłam nie pójść na studia? 😮 „Gdzie na studia poszła Karolina”, „A wiesz mamo, w tym roku nigdzie” „COOOO?!!!” I nie obwiniam tych ludzi, też taka byłam. Ale szukam spokoju i zawierzenia.

Nie, nie jest tak, że rzeczywiście znajduje codziennie ten czas dla Boga, choć się staram. Jestem tylko głupim człowiekiem, który na swoje postanowienia pielęgnowania relacji czasami po prostu kręci nosem z niewiadomych względów. Ale staram się. I wiem, że dzięki tej decyzji jestem wolnym człowiekiem, który poznaje siebie i który bardzo mocno chce być zbawionym. Bardziej chcę tego niż magisterki! 😀 I choć to dwie różne rzeczy, które przecież mogą iść w parze. To u mnie pewnie będą mogły… ale po wyciszeniu. Nie jestem jeszcze w tym wyciszeniu. Jeszcze gnam, jeszcze chce zdobyć świat i każdy dzień. Uczę się pokoju i zaufania Bogu. Ciężko mi przychodzi cholernie… ale tak to jest.

I jak czytacie i sobie myślicie: „boże, co ona gada. Niech do klasztoru idzie jak tak!” to nieee! 😀 Nie zatrzymałam sobie życia. Nie siedzę 24/7 w kościele- nawet tak nie lubię i nie chcę nigdy! Moje życie jest pełniejsze. Tylko bez szkoły. Ale to nie znaczy, że nie mam codziennej motywacji do wstawania łóżka i że spędzam całe dnie na kompie, bo nie miałam takiego dnia jeszcze ani razy odkąd skończyłam Liceum Plastyczne.

Po prostu- nie poszłam do szkoły. Chodzę tylko zaocznie na florystykę, ale to takie tam- raz na dwa tygodnie w sobotę układam kwiatki ^^ Oj nie wyczerpałam tematu. Jeszcze będę o tym pisać o wiele więcej. Innym razem! ;D

PREMIEROWO, czyli co w kinie piszczy #2

Dzień dobry! Dzień dobry!

Dzisiaj na blogu trzy filmy, które aktualnie są w kinie. Wczoraj (w piątek) spędziłam siedem godzin w kinie. W pewnym momencie złapał mnie kryzys, ale udało się. Wszystkie filmy zaliczone, a to oznacza, że z czystym sumieniem mogę pisać ten post. W tamtym tygodniu nie było notki, ponieważ w piątek wybrałam teatr i sztukę „Niedźwiedź. Oświadczyny”. Dlatego dzisiaj nie będzie jedynie wczorajszych nowości, ale również dwie pozycje, które premierę miały tydzień temu. Mniema, że i tak wszyscy jeszcze do kina na nie nie poszli, więc może kilka moich słów na ten temat przyda się do podjęcia decyzji.

A! No i jeszcze nie byłabym sobą, gdybym nie wyrzuciła całej swojej żółci na tym blogu na temat, który niesamowicie mnie irytuje. Botoks! Ludzie kochani, jak bardzo tracę wiarę w ludzi przez ten film. Nie w służbę zdrowia oczywiście, a w widzów. Pisałam o tym filmie same dobre rzeczy, nadal uważam, że jest naprawdę świetny. Mi się podobał. Nie mam takiego wykształcenia i wpływu na ludzi, żeby mówić czy film tak ogólnie jest dobry czy nie. Okey. Może nie jest. MI SIĘ PODOBAŁ. Ale jak czytam czasami wielkie oburzenie na temat Vegi to mnie krew zalewa. Ludzie! Moja ostateczna wytrzymałość skończyła się na wykładach o krytyce filmowej, gdzie każdy krytykował- nikt nie widział O.o SZOK! Ej, a wiecie, że to tylko film? To, że był oparty na faktach, to nie znaczy, że w jednym szpitalu w jednym czasie działy się właśnie takie rzeczy. To znaczy, że reżyser czymś tam się zainspirował i zrobił swoje. Film to zawsze mniejsza lub większa FIKCJA. Jak tak sobie czytam komentarze, że Vega skupił się tylko na złym i jaki to on jest niedobry, to aż mi się śmiać chce. Człowiek napisał sobie taki scenariusz. Skupić się chciał właśnie na tym, choć oczywiście mógł na dobrym. Jakby zrobił tylko o dobrym to byłoby miło. Eh. Taki miał pomysł na swój film. A drugi komentarz (mój ulubiony!♥), że ludzie teraz przestaną chodzić do szpitali. AAAAAHAHHAHAHAHHAHAHAHA! Widziałam film i wiecie? Już byłam w szpitalu i nie patrzyłam na służbę zdrowia przez pryzmat Botoksu. To tak samo jakbym musiała patrzeć na wszystkie dzieci przez pryzmat Placu Zabaw, a wszystkie nastolatki to Galerianki. Każdy hotel wygląda jak Grand Budapest Hotel, a emotki w naszej komórce mają uczucia…. No beka! Serio. Ja rozumiem- ten film może się nie podobać, ale nie rozumiem jak może się nie podobać ludziom, którzy go nie widzieli. Rozumiem, że antyfani nie chcą wydawać pieniędzy na bilet i dokładać swoją cegiełkę do milionów, które zbije ten film. Rozumiem, bo sama mam tak z Grey’em. Jednak póki nie obejrzę go nielegalnie w necie- nie wypowiadam się na jego temat. Proste 😉 A że film jest przykry i taki prawdziwy, że teraz Polacy nie będą chodzić do szpitala, to błagam- nie bądźmy śmieszni. TO FILM. Może i oparty na faktach… ale to nadal film. Pomysł Vegi, który nie wszystkim musi pasować… ale po co aż tyle swojej energii na to zużywać? Nie podobał Ci się, bo widziałeś- okey. Szanuję to, choć mi się podobał bardzo. I nadal jest do obejrzenia w kinie. Zapraszam. A teraz przejdźmy do filmów miłych.

EMOTKI. FILM

Jak ja czekałam na tę bajkę. Czasami tak jest, że coś trafia w moje serce, przez przypadkowo obejrzany zwiastun. Tak było w tym przypadku. Czekałam, czekałam, w Warszawie sobie przypomniałam poprzez wieeelkie bilbordy, do Elblaga wróciłam- poszłam do kina i…. no i nic. Nie lubię bajek, które są tak po prostu. Na szczęście rzadko się takie zdarzają. Ostatnio miałam tam na przykład z animacją DOM. Fajnie się to ogląda. Jest dużo fajnych tekstów, śmieszków i jest bardzo dobrze wykonana… ale czegoś brakuje. Nie powiem Wam czego. Na szczęście nie piszę recenzji na filmweb tylko swoje luźne odczucia 😀 Jeśli chcecie na chwilę wejść w telefon i zobaczyć emotki trochę z innej strony to warto. Mam takie mieszane uczucia, bo przecież film o takim temacie powinien być dla ludzi w takim no moim wieku, a na sali byli sami młodzi ludzie (hehe) z podstawówki. Jej, „za moich czasów to telefony się dostawało późno, nie brało się do szkoły i w sumie nie miało się z kim przez niego rozmawiać”… a tu proszę. Pomijając to jednak, wydaje mi się, że tak bardzo dotykający wszystkie grupy wiekowe film powinien być skierowany do wszystkich. A on był mocno ukierunkowany na dzieci. Szkoda. Dobrze się oglądało, ale po wyjściu nie miało się żadnych emocji. Piotr nawet przysypiał, a uwierzcie, że on jest miłośnikiem bajek, więc to dobra recenzja :p Moja subiektywna ocena: nawet gdyby mi ktoś powiedział, że mam nie obejrzeć to bym obejrzała. Ale nie jeśli nie macie takich zapartych emocji jak ja, to polecam czekać na lepsze 😉 Albo obejrzeć z innego źródła- jeśli wiesz co mam na myśli 😉

TWÓJ VINCENT

Każdy kogo słuchałam w tej sprawie mówił, że rewelacyjny pomysł, ale nudna fabuła. Również ja właśnie tego spodziewałam się od filmu. W pewien sposób sprostał moim oczekiwaniom, choć ciśnie mi się na język żeby powiedzieć, że nawet przekroczył te oczekiwania. Wykonany jest rzeczywiście perfekcyjnie. Genialny pomysł, choć w zwiastunie wydałam mi się dosyć tandetny. I mimo, że nie był zbyt porywający, to naprawdę był ciekawy. Śmieszy mnie jak wszyscy chcą za wszelką cenę przyznać jak bardzo znali tę historię, że tak tak każdy wiedział jak umarł Vincent i ohohoho. Jej, beka! 😀 Wiem, że połowa z tych ludzi nie wiedziała i idzie za tłumem, ale no ok. Ja nie wiedziałam i ciekawiło mnie jak umarł :p Na filmwebie oceniłam na 7/10. Wykonanie oceniłabym na 9. Pomysł na 10. Moja subiektywna ocena: są filmy o których się mówi i gdzie społeczeństwo wymaga posiadania swojego zdania na dany film. To jedna z tych pozycji. Warto pójść dla samego zobaczenia i wyrobienia sobie swojego zdania- tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś kto pięć lat nie był w kinie nagle chciał porozmawiać przy piwku o Vincencie 😉

BLADE RUNNER 2049

Najpierw mi się podobał bardzo… ta na 7/10, ale później na następny dzień miałam go opisać mojej koleżance i było mi tak trudno. Przede wszystkim dlatego, że tam naprawdę dużo się dzieje i że to wszystko jest bardzo skomplikowane i dziwne i nie oglądając filmu jest problem. Dla mnie jednak, jako dla widza, problemem było również opisanie wszystkiego zwięźle bez przerywników typu „no ale w sumie to nie wiem czemu tak”, „no tak było, ale nie wiem czemu”. W tym momencie zapaliła mi się lampka, że ten film był źle zagrany scenariuszem. I na filmwebie wylądowało 6/10 😀 Zbyt dużo niedopowiedzeń, w których widź się gubi. Przynajmniej ja. I oczywiście, mam pokusę powiedzenia: „nie zrozumiałam”, ale mniemam, że nie tylko ja. Mimo wszystko to fajny film, choć niemiłosiernie długo! Czy warto? Trochę tak trochę nie… te dzisiejsze premiery takie mierne :p A wydawało mi się, że z Goslingiem każdy film przechodzi gładko. To nie jest moja ulubiona pozycja. Moja subiektywna ocena: Warto zbierać kasę do słoika i czekać co przyniesie kolejny piątek.