PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

„Niby lato, niby ogórki, a jaki ciekawy numer”

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

Hejka! 🙂

W czasie mojej ostatniej wizyty w Empiku na dworze było słonecznie, więc wreszcie nie miałam żadnych argumentów ku temu, aby zrezygnować z zakupu najnowszego numeru PRZEKROJU. Kiedy brałam go z półki od razu w mojej głowie rodził się wstyd. Dlatego, że nie znam jego historii, nie wiem czemu wszyscy się nim jarają… a co najważniejsze, nie wiem czemu jaram się nim ja. Okey, wiadomo- powrót Przekroju, rewelacyjne opracowanie graficzne. Przestałam przejmować się moją niewiedzą po powrocie do domu, po rozmowach z moimi znajomymi i tym, że oni również mają w planach zakup kwartalnika, ale po pierwsze jeszcze tego nie zrobili, a po drugie… w sumie też nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Zrobiło mi się lżej na sercu. Po raz kolejny próbuję wtłoczyć sobie w swoją głowę fakt, że nie wszystko muszę wiedzieć, nie wszystko muszę znać. W wieku dwudziestu lat jestem szczęśliwa, że mam chęć wszystkiego się dowiedzieć! Wkurza mnie kiedy starsi mówią do mnie z niedowierzaniem w głosie, że jak mogę czegoś nie znać, nie lubić i w ogóle nie wiedzieć o istnieniu. Jak? Normalnie. Ponieważ od czterech lat wychodzę ze strefy nic-nie-wiem-o-sztuce i choć myślę, że jestem już na dobrym etapie, to nie jest jeszcze to moment, w którym mogę znać wszystkich. Nikt nie jest. Starsi ludzie nie znają moich mentorów, moich przykładów w twórczości czy w życiu artystycznym i estetycznym. Jaką wtedy mają odpowiedz? Są już za staży. Przecież sztuka się nie skończyła! Nadal jest, nadal się tworzy. Chcę poznawać historię jej powstawania, ale nie chciałabym nagle załamać się, że tak mało wiem i spędzić miesiąc w książkach bez żadnej pasji w tym wszystkim, a jedynie z chęci pokazania wszystkim, że jednak wiem. Kurde… nie bądźmy tacy! Jednak fenomen Przekroju, który pojawił się w moim sercu spowodował, że kiedyś przecież musiałam się o nim dowiedzieć! Mam nadzieję, że Wy również chcielibyście dowiedzieć się chociażby tego, czy warto- czy warto kupować tę gazetę dla młodego człowieka spragnionego dobrego opracowania prasy. Postaram się dzisiaj wynaleźć wszystkie potrzebne mi do wstępu informacje, a resztę powiedzieć z własnego serduszka. Tak więc zapraszam do zapoznania się z moim zdaniem! 🙂

Na wstępie kilka suchych informacji, które pozwolą nam to wszystko zebrać do kupy. Po trzyletniej przerwie Przekrój powrócił z nowym redaktorem naczelnym. Został nim Tomasz Niewiadomski i w przeciwieństwie do poprzedniego cotygodniowego wydania, nowe miało być kwartalnikiem, czyli gazetą wydawaną co trzy miesiące. Twórcy, jak wyczytałam z bardzo obszernego artykuły z press.pl, miał być powrotem do początków, kiedy redaktorem naczelnym i zarówno twórcą Przekroju był Marian Eile. Do tej poru ukazały się trzy numery. Każdy z nich jest tych samych, dosyć pokaźnych rozmiarów, bo jego format to 24×34 cm.

Już po tym krótkim streszczeniu wiem o co chodziło. Wszystko sprowadza się do tęsknoty za dobrą ilustracją, niebanalnym rozłożeniem tekstu na stronie połączonego ze spójnością wizualną. Przekrój ma w sobie coś magicznego. Choć słońce Raczkowskiego na okładce trochę mnie przeraża chłonę prawie cały środek! Samo przekartkowanie czasopismu wpływa na mnie tak dobrze! ♥ Na nic się zdały wszystkie moje zarzekania się o niekupowaniu już nigdy więcej gazet, bo nigdy nie umiem ich czytać. Tej pozycji najzwyczajniej w świecie musiałam skosztować. Było warto! To ponad 160 stron zapełnionych do ostatniego miejsca. Nie ma tu miejsca na bezduszne reklamy. Oczywiście, zdarzają się reklamy, ale są tu jak najbardziej pożądane- możemy tu znaleźć między innymi: zaproszenie na festiwal muzyczny w Olsztynie, czy na festiwal filmowy we Wrocławiu; jest tu również reklama kosmetyków Tołpa, ale zrobiona w tak subtelny sposób, że zauważyłam ją dopiero kartkując wszystkie strony w poszukiwaniu reklam… urzekła mnie na tyle, że zrobiłam jej zdjęcie żeby Wam pokazać.

Co znajduje się w środku? Nie wiem jak czytać gazety. Za każdym razem próbuję przeczytać ją na raz, bo zdaję sobie sprawę z tego jak funkcjonuję i że jeśli odłożę ją na chwilę, to taka chwila będzie już trwać do końca. Z drugiej strony czytanie gazety w całości jest dla mnie totalnym niewykorzystaniem potencjału gazety, która widzi mi się w marzeniach jako coś na chwileczkę, do kawy, na przeczytanie dziennie jednego artykułu. Tylko jak to zrobić w momencie kiedy wolę sięgnąć po książkę niż milion różnych odrębnych historii? W czymś, co ma nam starczyć aż na trzy miesiące musimy znaleźć dużo treści i niewątpliwie musimy liczyć się z tym, że nie wszystko przypadnie nam do gustu, przynajmniej ja się z tym liczę. Daję sobie wolność nieczytania wszystkiego- mam nadzieję, że jest to normalne :p W każdym razie, może wreszcie odpowiem co się tam znajduje, pewnie wszyscy spragnieni tej informacji na to czekają. A więc- w czasopiśmie jest mnóstwo satyry, prześmiewczych pstryczków w nos, żartu i ironii- super, tylko w pewnym momencie zaczęło zastanawiać mnie, czy cokolwiek jest tutaj na poważnie, czy w cokolwiek mogę tutaj uwierzyć ^^ Na szczęście okazało się, że artykuły i wywiady są ku temu odpowiednie. W numerze, który dostępny jest teraz w salonach znajdziemy m.in. przekrój wiosny, czyli wszystkie istotne wydarzenia, które wydarzyły się od momentu wydania poprzedniego numeru; kapitalny artykuł o afrykańskim architekcie, który buduje szkoły w swoich rodzinnych stronach- Francis Kere. Samo wizualne patrzenie na ten artykuł robi mi po prostu świetnie, ale do tego dochodzi również bardzo treściwy artykuł; wywiad z autorem „Morfiny” (którą teraz mam ochotę przeczytać jeszcze bardziej!) Szczepanem Twardochem o byciu mężczyzną, czyli tematem nigdy niewyczerpanym i zawsze ciekawym. Wywiad bardzo krótki, ale niesamowicie wartościowy. To kolejne dwie strony, które zainspirowały mnie do poszerzenia wiedzy na temat ich bohaterów. Pokrótce opisane są również recenzje muzyki,filmów, książek- nie to, co akurat w modzie popularnej, a to co naprawdę warte polecenia- znalazłam tu również informację o książce studentki ASP, co dla mnie jest niesamowitym plusem dla gazety. Jest również wywiad o śpiewaczce pod wodą- jednak Julianna Snapper jakoś nie za bardzo mnie urzekła ;); co jeszcze…. o! na przykład wywiad z Jackiem Nocholsonem z 1976 roku! rewelacja! oraz krótka historia hawajskiej legendy (można tak napisać? Czy muszę zdecydować się, czy to historia, czy jednak legenda?^^) i Eddiego Aikau; na samym końcu znajdziecie krzyżówki. Oczywiście w czasopiśmie jest wszystkiego o wiele więcej, ale to były rzeczy, które zainteresowały mnie w szczególności i z którymi już miałam okazję się zapoznać. Ciekawi mnie jeszcze kilka rzeczy, ale chyba nie jestem stworzona do czytania felietonów, choć zawsze myślałam inaczej. Może nie jestem stworzona do czytania przekrojonych felietonów? W to potrafiłabym uwierzyć trochę bardziej.

Podsumowując- gdyby ta gazeta nie była tak piękna, to nie zwróciłabym na nią uwagi, nigdy bym jej nie kupiła i nigdy nie zawiesiłabym na niej oka, tak jak działo się to przed czterema laty (chociaż kiedyś kupiłam jedną dla okładki z Nosowską^^). Jednak cała ta piękna oprawa graficzna inspirowana latami powojennymi sprawiła, że jest to czasopismo tak wartościowe, że nie można przejść obok niego obojętnie. Wszystko tam jest dopracowane. Każdy szczegół, każdy najmniejszy detal. Każda strona jest przeciążona treścią. Na pytanie, czy jest to gazeta dla artystów (to moje pytanie xd) odpowiadam- moim zdaniem pod względem treści pisanej aż tak nie, jest dla każdego… ale z racji tego, że zazwyczaj tylko ludzie świadomi dostrzegają wizualne dobro- jak najbardziej tak! ♥ Ta gazeta kosztuje niecałe piętnaście złoty, a zawiera (jak już wspominałam) ponad 160 stron, a połowa z nich nie jest zajęta przez reklamy. Ludzie tworzący to dzieło robią dobrą rzecz i robią to z głową, ale mam nadzieję, że również z sercem. Kupowałabym dla samego posiadania i chyba będę tak robić! 😀 Potrzebuję od Was tylko informacji, czy co trzy miesiące chcecie post, w którym pokrótce będę streszczać moje pierwsze wrażenia na temat nowego numeru, albo może chcielibyście żebym dodawała swoją opinię na Instagrama lub Instarelacje… a może w ogóle nie chcecie- potrzebuję Waszego głosu w tej sprawie, bo to ładna rzecz idealnie wpasowująca się w konwencję bloga! :p

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

PRZEKRÓJ lato 2017, czyli co to znaczy mieć to czasopismo w rękach!

Grzegorz Hyży Momenty RECENZJA

Grzegorz Hyży Momenty RECENZJA

Hejka! 😀

Na swoim Instagramie już jakiś czas temu chwaliłam się swoimi zakupami, no wiecie- promocje, człowiek może pozwolić sobie na więcej! 😀 Dodałam również zdjęcie płyty Grzegorza Hyżego „Momenty” i we mnie samej pojawiło się pytanie, czy powinnam o tym mówić, czy powinnam informować świat o swoich małych „grzeszkach”. Na szczęście od razu ocknęłam się i uznałam, że tak- powinnam- a już na pewno powinnam napisać o tym trochę więcej na blogu. Dzisiaj będzie o muzyce, którą lubimy, ale czasem wstydzimy się do tego przyznać 😉

W połowie podstawówki poznałam wszystkie uroki polskiej muzyki- Bartosiewicz, Chylińska, Myslovitz i wiele wiele innych. Uznałam wtedy, że jestem na tyle dorosła (oczywiście^^), że powinnam słuchać już jedynie poważnej, dobrej, AMBITNEJ muzyki. Odrzuciłam od siebie wszystkie Rihanny, Beyonce i inne zagraniczne gwiazdy, których słuchałam w tamtym czasie z koleżankami. Nie zauważałam totalnie żadnej dobrej piosenki w ich wykonaniu. No bo jak? Teraz słucham tylko ambitnej. Ah! Ileż to błędów można w życiu nieświadomie popełnić i żyć w nich przez kolejne lata! Dopiero gdy poznałam Pawła zmuszona zostałam do słuchania muzyki złej, bardzo złej lub takiej, do której nie chciałam się przyznać, że jednak mi się podoba. Na szczęście później poznałam Piotra i jako twórca własnej muzyki pokazał mi ogrom wokalistów, których nie znałam lub którzy wydawali mi się niegodni słuchania… na sam koniec na szczęście doszło poznanie samej siebie i zgoda na słuchanie wszystkiego na co mam ochotę. Stąd na moim blogu wzięły się muzyczne siódemki, w których dałam sobie wolność do wstawiania totalnie wszystkiego, co spowodowało moje chociaż chwilowe zatrzymanie. To właśnie przy nich uczyłam się zauważać, że niektóre piosenki radiowe sprawiają mi bardzo dużo radości samym dźwiękiem i dobrą nutą do samochodu. Wystarczyło. Muzyka to coś tak wyzwalającego, tak oczyszczającego, ale również szalonego i własnego, że nie wyobrażam sobie teraz zamknąć się na cokolwiek. Daję szansę wszystkiemu!

Nie oglądam telewizji, więc totalnie nie znałam Grzegorza Hyżego z programu X Factor. Pierwszą wzmiankę o nim usłyszałam oczywiście w radio przy okazji promocji pierwszego singla. Po pewnym czasie postanowiłam przesłuchać płytę na Spotify- podobała mi się tak bardzo, że słuchałam jej bez przerwy! Nadal ją lubię. W poprzednim roku wakacyjnym przebojem była piosenka „Pod wiatr”- uwielbiam do teraz, a w tym roku pojawiła się „O Pani”, która zarówno do radia jak i do przeczytania tekstu i słuchania na laptopie jest wprost idealna. Posiada świetny tekst- jeśli nadal myślicie, że jest banalny, to przeczytajcie 😉 Przyszedł czas na Dni Elbląga i okazało się, że to właśnie Grzegorz będzie w tym roku jedną z gwiazd. Z Piotrem ucieszyliśmy się jakbyśmy byli największymi fanami… a jak się okazało po koncercie, trochę się nimi staliśmy!

Wróciłam do domu i włączyłam na Spotify płytę. Tak bardzo mnie rozczarowała! Totalnie nie czułam tej energii, którą obdarował nas artysta podczas prezentowania piosenek na żywo. Wyłączyłam i nie chciałam więcej do niej wracać… ale przyszedł Piotr i po mojej negatywnej opinii oczywiście chciał jej posłuchać, więc włączyłam i poczułam coś zupełnie innego. Kilka razy chciałam nawet kupić płytę, ale zapominałam. Kiedy wreszcie zjawiłam się w Empiku i była na dodatek na promocji nie mogłam się nie skusić! Chyba nigdy nie zapomnę miny mojego kolegi, który tak bardzo dziwił się, że do swojej listy zakupów dopisałam właśnie to… ale no cóż. Tak było! 😀 Wróciłam do domu i słuchałam na okrągło… nadal słucham! Tylko próbuję sobie robić chociaż lekkie odwyki. Okey, historie już całą znacie, więc może przejdziemy do opisu płyty.

Grzegorz Hyży MOMENTY, to zupełnie inna płyta niż poprzednia. Największym zaskoczeniem jest oczywiście to, że artysta jest autorem prawie wszystkich testów piosenek oraz współautorem muzyki. Czyli to co lubię najbardziej, bo nie ma lepszego piosenkarza w moich oczach niż ten, który uczestniczy w tworzeniu wszystkich etapów oraz pisze własne teksty. Uwielbiam patrzeć jak artyści się rozwijają i tu widzę ogromny skok! Płyta składa się z trzynastu piosenek, w tym jednego bonusu z piosenką „Pod wiatr”. Dziesięć piosenek jest po polsku, a trzy po angielsku. Znacie mój stosunek do angielskich piosenek polskich twórców- zazwyczaj bardzo ich nie lubię i tu jest tak samo. Gdybym nie była takim leniem, to za każdym razem podchodziłabym i przełączała. Teksty piosenek nie są jakieś górnolotne. Są o miłości, o kobiecie, o miłości, o miłość. Standard. Nie rozpłaczecie się przy tych tekstach, ale możliwe, że spędzicie bardzo miły czas. A to chyba wystarcza? Na Youtube nie ma całej płyty, ale jest ona na Spotify, więc polecam posłuchać i przede wszystkim zaznajomić się z piosenką numer pięć: „Niech pomyślą, że to ja” jest tak rewelacyjna, że mogłabym jej słuchać non stop, serio!

Strona wizualna. Moim zdaniem mocno kuleje. Kolory są perfekcyjne, ale cała reszta totalnie mi nie pasuje. Połączenie odcieni niebieskich, zielonych, żółtych i białych to był strzał w dziesiątkę. Sam koncept sesji zdjęciowej może również był dobry, ale totalnie niewykorzystany! Na okładce dzieje się tak wiele, że aż trudno skupić na czymkolwiek uwagę. Wszystko jest zrobione w tej samej konwencji… mhy, to znaczy konwencja byłaby super, ale tu wszystko jest zrobione podczas jednej sesji, w jednych ciuchach i choć pewnie zdjęcia trwały kilka godzin, to efekty są na tyle mierne, że pomyślałabym o kilku minutach. Szkoda, że nie pomyśleli o czymś bardziej ciekawym. W środku znajduje się żółta płyta- świetnie współgra zarówno kolorem jak i linią, która zaczyna się na płycie, a kończy na pudełku mmmm- ludzie to mają fantazję hhahah 😀 Nie znajdziemy jednak książeczki z tekstami piosenek i zdjęciami… ale z tym ostatnim to może i dobrze-kolejne fotografie w tych samych ciuchach, w tym samym studio, z tą samą scenerią niekoniecznie mnie ciekawią. Jednak teksty piosenek byłyby przydatne. Zamiast tego znajduje się plakat- z czym? Wiadomo! 😀 Jest on jednak wykonany na papierze złej jakości, a twarz Grzegorza jest na środku wszystkich możliwych zgięć, wiec nie wiem czy kiedykolwiek będzie możliwe, że ten plakat będzie wyglądał korzystnie. Ten blog jest o ładnych rzeczach. Gdyby był tylko o nich, oprawa graficzna tej płyty nigdy by się tu nie znalazła. Na szczęście to blog również o muzyce, filmach i innych rzeczach, a tutaj druga płyta Hyżego już może powalczyć o naprawdę dobrą pozycję.

Czy moim zdaniem warto wstydzić się Hyżego? Zupełnie nie! Myślę, że nawet warto zapoznać się z jego nową, o wiele bardziej dojrzałą płytą i po prostu cieszyć się muzyką, a nie jedynie sprawdzać, czy coś jest w top dziesięć najbardziej ambitnej muzyki świata 😉 Wiecie co mam na myśli, mam nadzieję.

Grzegorz Hyży Momenty RECENZJA

Buziaki! :*